Trwa europejska
trasa koncertowa Whitney Houston, najpopularniejszej na świecie
wokalistki. Reporter " Gazety" obejrzał w Berlinie jeden
z koncertów rozpoczynających trasę.
Tempo sprzedaży biletów zaskoczyło
nawet berliński oddział koncernu płytowego BMG, w którego barwach
nagrywa Whitney. Dziennikarze i pracownicy BMG mogli obejrzeć dopiero
dodatkowy koncert naprędce dołączony do planu trasy. W ośmiotysięcznym
tłumie wypełniającym Deutschlandhalle przeważali widzowie powyżej
trzydziestki, wiele osób przyszło z nastoletnimi dziećmi.
Występ Whitney znacznie odbiegał
od schematu obowiązującego w rokowym światku. Zwykle długowłosi
wokaliści i pokryci tatuażami gitarzyści przemierzają najeżoną
zapadniami scenę w konwulsyjnym marszobiegu bądź to znikają pod
powierzchnią, bądź pojawiają się nagle w snopach iskier i kłębach
dymu. Po koncertach zaś nie przestają być w pracy, zajmując się
uwodzeniem nieletnich, konsumpcją kokainy i demolowaniem hoteli.
Ten zestaw zachowań jest czytelny i oczywisty, każdy dostaje to,
czego oczekuje. Publiczność oczyszcza się z codziennych frustracji
obserwując wyspekulowane szaleństwo swoich idoli. Idole odcinają
z życia jego pikantny kęs, a szefowie firm płytowych dopisują kolejne
zera do bankowych kont.
W przypadku Whitney
schemat nie sprawdza się. Jej koncert to spektakl bardzo statyczny.
Ubrana w długą, ciemną suknię Whitney przechadza się między muzykami
podając kolejne utwory głosem, który recenzet tygodnika "Time" porównał
do stradivariusa, a rozbudowany zespół oddaje z sukcesem aranżacje
znane z płyt. Trudno też przypuścić, by po koncercie Whitney
oddawała się ekscesom. Rok temu Whitney wyszła za Bobby
'ego Brown 'a, czarnoskórego wokalistę, a w marcu przyszła na
świat ich córeczka Bobbi Kristina Brown. Whitney opowiada między
utworami o tym, jak bardzo jest szczęśliwa żyjąc wraz z Bobby
i Bobbi.
Od momentu swego debiutu osiem
lat temu, Houston wydała 21 singli. Wszystkie piosenki z tych singli,
poza jedną dotyczyły miłości. Był tylko jeden wyjątek - "Star
Spangled Banner" - amerykański hymn zaśpiewany przez Houston
w 1991 roku przed finałowym meczem Super Bowl. Tytuły pozostałych
mówią za siebie: "Dajesz mi dobrą miłość", "Chcę
tańczyć z kimś kto mnie kocha", "Zawsze będę cię kochać".
Nostalgiczne piosenki nie
wymagają tanecznych popisów na scenie. Houston stawia na magiczną
siłę swego głosu i wygrywa. Od debiutu w roku 1985 łączny nakład
płyt Whitney wynosi 60 milionów egzemplarzy. Jej drugi album "Whitney" od
razu, gdy ukazał się w Stanach, wszedł na szczyt najlepiej sprzedawanych
płyt. Po raz pierwszy taki sukces stał się udziałem kobiety.
Nie koniec na tym
Houston jest jedyną artystką której siedem kolejnych piosenek
osiągnęło pierwsze miejsce na liście przebojów w Ameryce. Wtej
statystyce milionerów Houston wyprzedziła zespoły The Beatels
i Bee Gees. Każda z tych grup miała sześć kolejnych "numerów
jeden". Popularność Whitney wzrosła jeszcze po filmie "Bodyguard" w
którym zagrała rolę piosenkarki chronionej przez Kevina Costnera.
Schematyczny scenariusz i wątłe umiejętności aktorskie Whitney
nie przeszkodziły filmowi stać się superprzebojem. Wpływy z kin
na całym świecie przekroczyły 400 milionów dolarów, a Bodyguard
jest najlepiej sprzedającym się filmem w dziejach Warner Brothers,
producenta tego obrazu. W Polsce Bodyguard obejrzało niemal pół
miliona widzów, którzy zostawili w kasach kin ponad 14 miliardów
złotych. Tę oszałamiającą popularność film zawdzięcza nie tylko
miłosnej intrydze i urodzie aktorów, ale również ścieżce dźwiękowej,
zawierającej sześć piosenek śpiewanych przez Whitney.
Płyta Bodyguard weszła
do historii jako pierwsza, której sprzedaż w ciągu tygodnia
przekroczyła milion egzemplarzy. Tylko w Stanach 9 milionów ludzi
kupiło tę płytę, a jej obecność na listach przebojów po 40 tygodniach
od dnia premiery oznacza, że wciąż są na nią chętni . Lokomotywą
płyty i filmu jest ballada "I will always love you".
Można się spierać, czy jest to najpiękniejsza piosenka o miłości.
Na pewno jest najczęściej kupowana: 4 miliony egzemplarzy i pierwsze
miejsce całym świecie, w tym 14 tygodni na liście amerykańskiej,
co jest kolejnym rekordem.
Na koncercie Whitney towarzyszy
jedenastoosobowy zespół kierowany przez basistę Rickey Minor. Poza
nim grupę tworzy dwóch perkusistów Michael Baker i Bashiri Johnson,
saksofonista Kirk Whalum, gitarzysta Carlos Rios oraz grająca na
instrumentach klawiszowych para Wayne Linsey i jedyna biała w zespole
Bette Susman. W chórkach występują Olivia McClurkin, Alfie Silas,
Pattie Howard oraz brat Whitney Gary Houston. On też przejmuje
na kilka minut mikrofon, śpiewając Tears in heaven Erica Claptona,
gdy jego siostra znika za kulisami, by zmienić suknie na ciemnofioletowy
kombinezon z weluru. Pod koniec koncertu temperatura rośnie. -
Możecie wstać i zbliżyć się do sceny - przyzywała Whitney. Widzowie
opuszczają krzesła ustawione w karne szeregi i podchodzą bliżej
muzyków. Pierwsze takty I will always love you i sala rozbłyska
(któryż to raz dzisiaj) setkami płomyków z zapalniczek. Koncert
kończy się pozostawiając mnie obojętnym na nijaki show sceniczny.
Do domu wracam utwierdzony w przekonaniu, ze najpiękniejszy być
może głos w muzyce pop skrępowany jest gorsetem gładkich i błahych
aranżacji, a komercyjne powodzenie piosenek Whitney pozbawia mnie
złudzeń że jej repertuar może wyjść poza zestaw błahych schematów. |