Głos towarzyszy nam od najdawniejszych
czasów. Jest najstarszym i najdoskonalszym instrumentem muzycznym,
jaki kiedykolwiek stworzono. Najpiękniejszym jego przejawem, (a zarazem
jedną z pierwszych form komunikacji emocjonalnej) jest śpiew. Śpiew
już od czasów starożytnych był najważniejszym elementem ceremoniału
religijnego, a ludzie potrafiący nim wzruszyć otaczani byli niemal
boską czcią. I tak jest do dzisiaj!
W dziewiętnastym wieku i pierwszej połowie dwudziestego
takim kultem darzone były gwiazdy operowe. To dla nich rezerwowano
najwspanialsze arie, najlepsze sale koncertowe i co najważniejsze
- najwyższe gaże. Gwiazdy miały też wyłączność na nazywanie się Divami,
co często wiązało się z ich kapryśnym zachowaniem i wygórowanymi
wymaganiami. Mogły sobie na to pozwolić, ponieważ talent i kunszt,
z jakim wykonywały muzykę, wyróżniał je z tłumu innych artystów.
Później zainteresowanie nimi na krótko osłabło, ale już w chwilę
potem, jak grzyby po deszczu, pojawiły się kolejne artystki pretendujące
do bycia Divami.
Dzisiejsze Divy, podobnie jak ich operowe poprzedniczki,
miewają kaprysy i swoje dziwactwa. Są może tylko trochę bardziej "ludzkie".
Chętniej i częściej opowiadają o życiu prywatnym, (o tym prawdziwym,
a nie spreparowanym na użytek mediów), fotografują się z dziećmi,
psami i zachwalają życie rodzinne. W wielu przypadkach rozgłos jaki
im towarzyszy w prasie i w mediach nie jest, niestety, równoznaczny
z wysokim poziomem artystycznym. Większość z nich jest produktem
żądnych pieniędzy wytwórni płytowych, które w lansowaniu młodych
i seksownych kobiet widzą intratny interes. Jest to zrozumiałe z
punktu widzenia biznesmena, niedopuszczalne jednak z punktu widzenia
artysty i melomana.
Na szczęście są wyjątki! Należą do nich wcześniej
wymienione panie. Każda z nich dysponuje odmienną techniką, ekspresją
wyrazu czy repertuarem. Wszystkie jednak są mistrzyniami w swoim
fachu. O każdej można powiedzieć, że jest perfekcjonistką, która
na swoją pozycję pracowała latami.
Funny Girl
Najdłużej w branży jest pięćdziesięcioośmioletnia
Barbra Streisand. Artystka, o której fenomenalnym głosie krążą już
legendy. Faktem jest, że gdy w jednej z amerykańskich stacji telewizyjnej
pokazywano cykl programów muzycznych o historii instrumentów, jeden
z nich poświęcono wyłącznie jej osobie. Jego tytuł brzmiał "Streisand
i... inne instrumenty".
Urodziła się w 1942 roku w biednej żydowskiej rodzinie.
Od samego początku wyróżniała się "oryginalną urodą" i
niebanalnym tembrem głosu. Marzeniem rodziców było, aby ich "brzydkie
kaczątko" pracowało chociażby jako sekretarka. Nikt oprócz niej
samej nie wierzył, że w jej życiu zdarzy się cokolwiek wyjątkowego.
Ale ona była nie tylko utalentowana, ale też pracowita i uparta.
Te właśnie cechy spowodowały, że nie stała się kolejną piosenkareczką,
ale jedną z najważniejszych postaci kultury masowej dwudziestego
wieku. Stała się królową-matką naszych Div. Co ciekawe, swoją fenomenalną
popularność zdobyła nie tyle perfekcyjną techniką, co liryczną, dramatyczną,
czasami wręcz aktorską interpretacją. I może jeszcze tym, że jeden
dźwięk potrafi trzymać prawie dwie minuty!
Królowa Titanica
Streisand nie ma tak naprawdę konkurencji. Najbliższą
jej muzycznej estetyce wydaje się Celine Dion, nazywana mistrzynią
bel-canta. Interpretacje Dion często są bliskie wykonaniom Streisand
- może nieraz zbyt płaczliwe, ale na pewno pozostające w stylu musicalowego
śpiewania. Nic dziwnego, że obie panie spotkały się nie tylko na
scenie, ale i w studio Wspólnie nagrały przepiękną piosenkę Tell
him, która znalazła się na płytach Let's Talk About Love Celine Dion
i On Holly Ground Barbry Streisand. Zadziwiający jest fakt, że słuchając
tego duetu trudno odróżnić kto kiedy śpiewa.
Maszyna do śpiewania
Nie do podrobienia są za to wokalizy Mariah Carey.
Nie ma chyba na świecie drugiej takiej osoby, która, będąc "białą",
śpiewa tak, że mogłyby jej pozazdrościć "czarne" gwiazdy
soulu i bluesa. Jej atutem jest silny, siedmiooktawowy głos. Debiutancka
płyta Vision of Love, na której Mariah śpiewa w rejestrze
skrzypiec, zszokowała cały muzyczny światek, a piosenkarce zapewniła
liczne grono wielbicieli.
Ja też do nich przez pewien czas się zaliczałam.
Przestałam, gdy kolejne płyty artystycznie nic nowego nie wnosiły,
a słuchanie wirtuozowskich popisów piosenkarki stało się po prostu
...nudne. Jej przykład pokazał, że nawet najbardziej fenomenalna
technika bez włożonej w nią duszy, nie jest wiele warta. Trzeba jednak
przyznać, że karkołomne solówki Mariah Carey zapoczątkowały w światowej
wokalistyce modę, wręcz potrzebę kształcenia i pracy nad głosem.
Podwyższyło to poziom muzyczny wykonawców.
Śpiewająca bogini
Tego poziomu nie musiała podwyższać sobie
Whitney Houston - najpiękniejsza z nich wszystkich i najbardziej
śpiewająca "z trzewi". Nie są w jej stylu wygładzone
frazy czy jakakolwiek poprawność. Whitney jak trzeba to potrafi "krzyknąć",
a i jak trzeba kogoś wzruszyć - to nikt nie zrobi tego lepiej niż
ona (I Will Always Love You). Łączy wrażliwość muzyczną z głosem
o niewyobrażalnych możliwościach. Dobrze czuje się zarówno w repertuarze
jazzowym, soulowym jak i funkowym. Tworzy to wybuchową mieszankę,
która sprawia, że nikt nie pozostaje wobec Whitney obojętny.
Najnowsza jej płyta - My Love is Your Love
- pokazuje, że artystka idzie z duchem czasu. Nagrania są nowocześnie
zaaranżowane, bez nic nie wnoszącej ekwlibirystyki wokalnej. Dużo
za to głębokich, dojrzale zinterpretowanych melodii. Wszystko na
to wskazuje, że to właśnie Houston ostatnimi laty najbardziej rozwinęła
się muzycznie. Dlatego, patrząc na nią w kategoriach Divy, to właśnie
ona ma największe prawo do kaprysów. Nawiasem mówiąc pokazała to
podczas ubiegłorocznego koncertu na Festiwalu w Sopocie, co - moim
zdaniem całkowicie niesłusznie - spowodowało zgryźliwe komentarze
na jej temat.
Divy nad Wisłą
Złośliwe komentarze zbiera też nasza polska Diva
- Edyta Górniak. Jedna z niewielu artystek, która nosi w sobie znamiona
geniuszu. Być może nie wystarczy jej talentu, aby zrobić międzynarodową
karierę, ale na pewno wyróżnia się z masy "piszczących" pseudoartystek
(Anita Lipnicka, Renata Dąbkowska). Poprawna technicznie jest też
(i najbardziej zbliżona do Mariah Carey) Natalia Kukulska. Wróżę
jej wielką karierę, o ile zrozumie, że przerost formy nad treścią
nie zawsze dobrze robi.
Na pewno prawdziwą Divą (nie mającą jednak nic z
niej w zachowaniu) jest Kayah: artystka, która na swoją pozycję pracowała
ponad dziesięć lat. Na początku śpiewała w chórkach (z takim głosem!!!).
Dało jej to solidny warsztat i niespotykaną wśród polskich wykonawców
umiejętność współpracy z zespołem muzycznym. Zaowocowało to mocną
pozycją i sukcesami ostatniej płyty Kayah & Bregovic. Płyta ta
ukazała się niewiele ponad rok temu i oprócz spektakularnego sukcesu
w Polsce, zbiera pochwały w wielu krajach Europy. Może zapoczątkuje
to międzynarodową karierę Kayah?
Jak widać - Diva Divie nierówna. Są Divy skromne
i złośliwe, życzliwe i piękne, ale łączy je jedno: talent. I dlatego
dobrze, że są.Tak jak w starożytności śpiewacy wnosili w powszednie
życie pierwiastek boskości, tak dzisiejsze Divy sprawiają, że nasze
życie jest bogatsze... Mamy o kim czytać, pisać, ale chyba najważniejsze
- kogo słuchać.
ię nim wzruszyć otaczani byli niemal boską czcią. I tak jest do dzisiaj. |