Postanowiłem, że będzie "rocznicowo".
Bo rok minął od sopockiego koncertu Whitney Houston i również rok
od felietonu: "Zziębnięta i znudzona" tegoż występu dotyczącego.
Bo właśnie przed rokiem, w owym felietonie, pan Tomasz Raczek udowodnił,
że niekoniecznie zna się na tym, o czym pisze. Nie po raz pierwszy
zresztą...
I na początek - żeby nie było wątpliwości - wyjaśniam,
że wcale nie zamierzam odbierać Szanownemu Panu Redaktorowi prawa
do własnego zdania. Nikomu nie zamierzam.
Rozumiem, że mógł poczuć się oszukany, ponieważ
nie otrzymał tego, co obiecane mu było w "kampanii reklamowej" poprzedzającej
występ gwiazdy. Rozumiem, że mógł mieć żal, iż Whitney kazała na
siebie czekać tak długo. Rozumiem nawet jego rozczarowanie występem.
Zwłaszcza strojami. Nie każdemu musiało się podobać.
Na marginesie dodam tylko, że Sopot nie był jedynym
miejscem, w którym Whitney pojawiła się na scenie w dżinsach, golfie
i szaliku - działo się tak podczas wszystkich występów "na otwartej
przestrzeni" - i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Ba! Okazało
się nawet, że w takim "zestawie" należy się pokazać. Zwłaszcza
na imprezie. A ponadto - ona miała przede wszystkim śpiewać, nie
wyglądać!
No, ale zostawmy to. Nie chodzi mi bowiem o Whitney,
a pana Tomasza.
Czytając jego, opublikowane przez "Wprost", "smutki
i żale" długo nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż niekoniecznie
oglądał ów koncert, a jeżeli już, to na pewno bardzo nieuważnie.
Co się zaś tyczy strony merytorycznej - przykro to mówić, ale, że
sparafrazuję: "zełgał z pseudodziennikarską rutyną". W
kilku sprawach. Niestety. A przynajmniej nie doczytał, nie douczył
się i nie sprawdził. A powinien.
O ile mnie pamięć nie myli, sopocki występ Whitney
Houston był pierwszym z kilkudziesięciu, które odbyły się podczas
europejskiej części trasy koncertowej, promującej album "My
Love Is Your Love". Dlatego - kogo jak kogo, ale pana Raczka
na pewno - nie powinien dziwić fakt, że piosenki z tego właśnie krążka
w nim przeważały. Dlaczego napisał więc, że Whitney "wolała
aktualne piosenki hip-hopowe"? Przepraszam, ale wydaje mi się,
że z "woleniem" to raczej niewiele ma wspólnego. Raczej
z promocją.
I skąd się wziął pomysł, że dobrze przygotowana
aranżacja partii chórzystów, niewiele różniąca się od znanej z albumu,
ma służyć "łatwemu zaszachrowaniu"? W czym niby
miałaby zaszachrować? Nie musi. Śpiewać umie. I to JAK!
Inna sprawa - pan Raczek chyba niekoniecznie zna,
wspomnianą wcześniej, płytę. Gdyby znał, wiedziałby, że w albumowych
wersjach zaśpiewanych w Sopocie utworów, tzw. "background" występuje
w takich samych niemal ilościach, natomiast głosu samej Whitney jest
nieco mniej nawet, niż mieliśmy możność usłyszeć podczas koncertu.
Również "oddawanie prowadzenia melodii wspierającemu
ją chórkowi" (z czym do końca się nie zgadzam, ale...) ma swoje
uzasadnienie. Gdyby ktoś nie wiedział, a wychodzi na to, że owszem,
niektórzy nie wiedzą, to chciałem powiedzieć, że chórek właśnie od
wspierania jest. Jakoś tak sympatyczniej brzmią wtedy utwory. Do
tego, w wypadku niektórych gwiazd, a do nich NIE zalicza się, na
szczęście, Whitney, gdyby nie tych kilka osób, nie wiadomo jakie
piski, jęki i stękania mielibyśmy okazję usłyszeć. Więc chórek służy
również pomocą w sytuacjach tzw. awaryjnych, czyli wtedy, gdy głos
zdaje się odmawiać posłuszeństwa albo gdy generalnie nie jest posłuszny.
Jeśli chodzi o Whitney - po prostu daje jej, raz na jakiś czas, chwilę
wytchnienia podczas ponad 90-minutowego show, w którym śpiewa przecież "na
żywo". (Drobny szczegół, że część chórków na płycie wykonuje
sama artystka... Więc niby jak Pan to sobie wyobraża? Rozdwoi się
albo roztroi?)
Sugerowanie, iż gwiazda swoje najlepsze lata ma
już za sobą, utwory również, gdyż "niegdyś zwróciły na nią uwagę
świata, bo zachwycała w nich możliwościami i siłą głosu" cokolwiek
śmieszne jest, żeby nie powiedzieć żałosne. Abstrahując już od pieniędzy,
jakie zarabia, od popularności wydawanych przez nią płyt i od tego,
że to na nią zwraca się uwagę, a nie "ona zwraca" - głosowi
Whitney nawet największy krytyk niewiele mógłby zarzucić. Także w
Operze Leśnej. Mimo, że nie śpiewała "pełną parą". Zresztą
- musiałaby chyba porządnie upaść na głowę, żeby to zrobić!
Oczywiste jest bowiem, że co innego kilku - czy
kilkunastominutowy występ np. na ceremonii wręczania nagród, gdzie
można "iść na całość", a co innego dwugodzinny koncert
podczas światowej trasy koncertowej, gdy wysiłek trzeba "rozłożyć",
żeby nie przeforsować głosu już na początku tourne.
Również różnica między nagraniem studyjnym, a wykonaniem "na
żywo" jest logiczna i zrozumiała. Dlaczego - nie muszę chyba
tłumaczyć. Inna sprawa, że u Whitney nie jest ona wcale tak kolosalna,
jak u paru innych, którzy funkcjonują tylko dzięki współczesnej technice.
Ponadto - jeśli ktoś tylko chciał, to zauważył kilka innych, bardzo
interesujących i ciekawych elementów tego występu.
Ale pan Tomasz najwyraźniej nie chciał. Więc nie
zauważył ani niesamowitej muzykalności, ani ciekawej barwy, ani rzadko
spotykanej siły, ani improwizacji, ani nawet ciekawych rozwiązaniach
aranżacyjnych. Generalnie - PROFESJONALIZMU. Jeśli zaś chodzi o "quazi-improwizacyjne
mamrotanie i długie manieryczne pauzy" oraz "podmęczony
głos"...
No, cóż... jak ktoś chce tak, jak na płycie, to
niech sobie ją kupi i posłucha, w końcu od tego jest płyta. Albo
niech wybierze się na jakiś recital z playbacku. Tylko niech się
potem nie czepia, jak mu zrobią taki numer, jak z Iglesiasem.
Inna sprawa, że życzyłbym sobie, żeby tak "podmęczony
głos" i tak "długie manieryczne pauzy" oraz
takie "mamrotanie" było charakterystyczne dla
większości polskich artystów. I to w czasie, gdy ich głos jest
w szczytowej formie.
Co się zaś tyczy niektórych quazi-felietonistów...
Pan Tomasz może i był w szczytowej formie, ale... skoro Whitney "mamrotała",
to zastanawiam się jak nazwać to, czym on nas uraczył? I wcale nie
chodzi mi o jego tzw. "wrażenia", bo każdy ma prawo do
swoich. Prywatnych i osobistych. On też. Gorzej, że podstawą tychże
są... ewidentne bzdury, które wypisuje. Ot, choćby: "Whitney
unikała swoich największych przebojów" lub "gdy już zdecydowała
wreszcie zaśpiewać kawałek przeboju [...] nie wszyscy widzowie zorientowali
się, iż śpiewa ich ulubioną piosenkę".
Primo - i tych dużych, i tych największych przebojów
w amfiteatrze na pewno nie brakowało. A jeśli za kryterium przynależności
do tej grupy przyjąć popularność i "rozpoznawalność" piosenki,
jej pozycje na listach przebojów, ilość sprzedanych egzemplarzy czy
nagrody za nią otrzymane, to mnie udało się usłyszeć ich sporo. Na
przykład : "How Will I Know" (2 tygodnie na pierwszym miejscu
w USA, nagroda MTV za najlepsze video), "I Wanna Dance With
Somebody (Who Loves Me)" (zadebiutowała na pierwszym miejscu
amerykańskiej listy przebojów i pozostawała tam przez 2 tygodnie,
w Anglii też przez 2 tygodnie "na szczycie", ponadto nagroda
Grammy za jej wykonanie), "Heartbreak Hotel" ("numer
1" klubowych list przebojów) czy "Exhale (Shoop, Shoop)" -
nie dość, że najwyższa pozycja na amerykańskiej i nagroda Soul Train,
to jeszcze rekordzistka, jeśli chodzi o ilość tygodni na drugiej
pozycji - 11!
Oprócz tego bardzo popularna "It's Not Right
But It's Okay" (nagroda Grammy za "najlepsze kobiece wykonanie
piosenki rythm&blues'owej" - zresztą po raz pierwszy gwiazda
otrzymała tę statuetkę w kategorii R&B) czy "I'm Every Woman" -
od kilku lat niejako "wizytówka" artystki, z nią bardziej
kojarzona, niż z pierwszą wykonawczynią, Chaką Khan. No, i - jeden
z największych przebojów 1999 roku, zwłaszcza w Europie, w tym również
w Polsce - "My Love Is Your Love" (nagroda MTV Europe dla
najlepszego artysty R&B, przyznawana przez widzów).
Te właśnie utwory (i kilka innych, zaśpiewanych
we fragmencie, w ramach tzw. "love medley") oraz mega -
hit "I Will Always Love You" (na pierwszych miejscach list
przebojów na całym świecie, w tym 14 tygodni w Stanach, 10 w Anglii,
nagrody : Grammy, AM, Billboord, Światowe NM - to oczywiście te najważniejsze) "sprzedały
się" na całym świecie w ilości prawie 35 mln egzemplarzy.
Okazuje się więc, że to "omijanie przebojów" jakoś
tak niekoniecznie prawdą jest... No, chyba, że panu Raczkowi brakowało "I'm
Your Baby Tonight"! Nic straconego. Polecam odwiedzić gejowskie
kluby w Londynie! Od jakiegoś czasu Dronez Mix tego utworu jest tam
najpopularniejszym tanecznym utworem.
Secundo - jeśli chodzi o "I Will...",
którego "kawałek", podobno, zaśpiewała - najwyraźniej sprawdza
się moje przypuszczenie, iż pan Tomasz nie oglądał tego występu zbyt
dokładnie. (A może w ogóle oglądał coś innego i mu się pomyliło?)
Whitney zaśpiewała bowiem ten utwór w całości. Nawet mogę panu R.
przesłać jego tekst, jeśli nie zna, nie ma, bądź nie potrafi znaleźć.
Niech sobie porówna z tym, co wykonane zostało podczas koncertu.
I niech jeszcze obejrzy kilka innych wykonań. Może zrozumie, o co
tak naprawdę chodzi.
Co się zaś tyczy reakcji publiczności - może i nie
wszyscy się zorientowali (np. pan Tomasz), ale to już ich wina. Większość
zareagowała bowiem oklaskami i kilkoma innymi dźwiękami. Podobną
reakcję wywołała piosenka "It Hurts Like Hell", nie pochodząca
przecież z repertuaru Whitney (śpiewa ją bowiem Aretha Franklin,
na ścieżce dźwiękowej filmu "Waithing To Exhale"). Wychodzi
więc trochę na to, że zachowanie publiczności niekoniecznie musi
mieć coś wspólnego z "rozpoznaniem" czy "nie-rozpoznaniem" utworu.
W obliczu tych "rewelacji", opinia, że "Nie
w niej pasji, żaru, blasku, osobowości, poczucia humoru. Jest smutna
i drętwa" (Whitney, rzecz jasna) jest już drobiazgiem.
Inna sprawa, że z tym poczuciem humoru to różnie bywa. Może po
prostu pan Tomasz nieco inne ma...? I czy ktoś mu tego zabrania?
Chyba nie. Podobnie, jak nie zabrania mu wyrażania własnych opinii.
Tylko, że między opinią, a faktem zasadnicza różnica jest.
I nawet jeśli występ Whitney nie był arcydziełem "sztuki
scenicznej" i wielu osobom mogła nie podobać się jego "oprawa" (z
nieszczęsnymi dżinsami na czele!), to nie był to koncert zły. A na
pewno nie taki, jak przedstawił go pan Raczek. Powiedziałbym - "IT'S
NOT RIGHT BUT IT'S OKAY". Z naciskiem na "OKAY". Co
wcale nie zmienia faktu, iż najważniejszy element całego tego "zamieszania",
to, co najistotniejsze dla śpiewającego artysty i jego wielbicieli
- mianowicie GŁOS - sprawował sie bez zarzutu.
A propos głosu i stroju... Jakoś nikt nie lamentuje,
gdy co poniektóre "gwiazdeczki" wpadają na scenę i demonstrują
największy fałsz, pisk i wrzask wszechczasów. Czyżby dlatego, że "fajosko" ubrane
są i trochę się powyginają? Chyba jednak nie o to w tym wszystkim
chodzi...
I Whitney naprawdę nie musi "odwracać uwagi
słuchaczy popisami gibkiego baletu" (że znowu zacytuję)
ani wymyślnymi kreacjami. Bo niby od czego ma ją odwracać?!
Co się zaś tyczy "prywatnego ubrania" -
rozumiem, że panu Tomaszowi chodziło o takie, w którym chodzi się
na co dzień. Zazdroszczę mu! Bo na co dzień ubiera się w ciuchy Dolce&Gabbana,
specjalnie dla niego szyte, za które na dodatek nie musi płacić...
Też bym tak chciał!
Na zakończenie dodam jeszcze, że w jednym zgadzam
się z Tomaszem Raczkiem całkowicie - dobrze zrozumiał, że "jej
ubezpieczony głos znalazł sie w niebezpieczeństwie". Po pierwsze
- to narzędzie pracy artystki, po drugie - zdaje się, że i w kontrakcie,
i w umowie z firmą ubezpieczającą głos, znajduje się informacja,
iż gwiazda NIE śpiewa, gdy temperatura otoczenia jest niższa niż
19°C. W Sopocie była niższa. A jednak Whitney zaśpiewała. Dziwić
się więc, że starała się go chronić?
A przy okazji - suma ubezpieczenia jest tak wysoka,
że gdyby bodaj najniższa z wymienianych przez różne źródła kwot była
prawdziwa i gdyby 1% tej kwoty przypadł w udziale Szanownemu Panu
Redaktorowi, ten nie musiałby już do końca życia pracować. I może
byłoby to nawet lepsze...? Bo my nie musielibyśmy wtedy czytać różnych,
nie do końca prawdziwych, za to chwilami "śmiesznych" opowieści.
No, chyba, że pan Tomasz Raczek " ma do spełnienia misję".
P.S. Przy okazji - "Bobi Kristina" się
inaczej pisze ! Ale może to tylko "chochlik drukarski"...? |