IT'S NOT RIGHT BUT IT'S OKAY...
źródło: reporter.pl
autor: Tomasz Gąsienica Józkowy
data: nr09 2000.09.25

Postanowiłem, że będzie "rocznicowo". Bo rok minął od sopockiego koncertu Whitney Houston i również rok od felietonu: "Zziębnięta i znudzona" tegoż występu dotyczącego. Bo właśnie przed rokiem, w owym felietonie, pan Tomasz Raczek udowodnił, że niekoniecznie zna się na tym, o czym pisze. Nie po raz pierwszy zresztą...

I na początek - żeby nie było wątpliwości - wyjaśniam, że wcale nie zamierzam odbierać Szanownemu Panu Redaktorowi prawa do własnego zdania. Nikomu nie zamierzam.

Rozumiem, że mógł poczuć się oszukany, ponieważ nie otrzymał tego, co obiecane mu było w "kampanii reklamowej" poprzedzającej występ gwiazdy. Rozumiem, że mógł mieć żal, iż Whitney kazała na siebie czekać tak długo. Rozumiem nawet jego rozczarowanie występem. Zwłaszcza strojami. Nie każdemu musiało się podobać.

Na marginesie dodam tylko, że Sopot nie był jedynym miejscem, w którym Whitney pojawiła się na scenie w dżinsach, golfie i szaliku - działo się tak podczas wszystkich występów "na otwartej przestrzeni" - i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Ba! Okazało się nawet, że w takim "zestawie" należy się pokazać. Zwłaszcza na imprezie. A ponadto - ona miała przede wszystkim śpiewać, nie wyglądać!

No, ale zostawmy to. Nie chodzi mi bowiem o Whitney, a pana Tomasza.

Czytając jego, opublikowane przez "Wprost", "smutki i żale" długo nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż niekoniecznie oglądał ów koncert, a jeżeli już, to na pewno bardzo nieuważnie. Co się zaś tyczy strony merytorycznej - przykro to mówić, ale, że sparafrazuję: "zełgał z pseudodziennikarską rutyną". W kilku sprawach. Niestety. A przynajmniej nie doczytał, nie douczył się i nie sprawdził. A powinien.

O ile mnie pamięć nie myli, sopocki występ Whitney Houston był pierwszym z kilkudziesięciu, które odbyły się podczas europejskiej części trasy koncertowej, promującej album "My Love Is Your Love". Dlatego - kogo jak kogo, ale pana Raczka na pewno - nie powinien dziwić fakt, że piosenki z tego właśnie krążka w nim przeważały. Dlaczego napisał więc, że Whitney "wolała aktualne piosenki hip-hopowe"? Przepraszam, ale wydaje mi się, że z "woleniem" to raczej niewiele ma wspólnego. Raczej z promocją.

I skąd się wziął pomysł, że dobrze przygotowana aranżacja partii chórzystów, niewiele różniąca się od znanej z albumu, ma służyć "łatwemu zaszachrowaniu"? W czym niby miałaby zaszachrować? Nie musi. Śpiewać umie. I to JAK!

Inna sprawa - pan Raczek chyba niekoniecznie zna, wspomnianą wcześniej, płytę. Gdyby znał, wiedziałby, że w albumowych wersjach zaśpiewanych w Sopocie utworów, tzw. "background" występuje w takich samych niemal ilościach, natomiast głosu samej Whitney jest nieco mniej nawet, niż mieliśmy możność usłyszeć podczas koncertu.

Również "oddawanie prowadzenia melodii wspierającemu ją chórkowi" (z czym do końca się nie zgadzam, ale...) ma swoje uzasadnienie. Gdyby ktoś nie wiedział, a wychodzi na to, że owszem, niektórzy nie wiedzą, to chciałem powiedzieć, że chórek właśnie od wspierania jest. Jakoś tak sympatyczniej brzmią wtedy utwory. Do tego, w wypadku niektórych gwiazd, a do nich NIE zalicza się, na szczęście, Whitney, gdyby nie tych kilka osób, nie wiadomo jakie piski, jęki i stękania mielibyśmy okazję usłyszeć. Więc chórek służy również pomocą w sytuacjach tzw. awaryjnych, czyli wtedy, gdy głos zdaje się odmawiać posłuszeństwa albo gdy generalnie nie jest posłuszny. Jeśli chodzi o Whitney - po prostu daje jej, raz na jakiś czas, chwilę wytchnienia podczas ponad 90-minutowego show, w którym śpiewa przecież "na żywo". (Drobny szczegół, że część chórków na płycie wykonuje sama artystka... Więc niby jak Pan to sobie wyobraża? Rozdwoi się albo roztroi?)

Sugerowanie, iż gwiazda swoje najlepsze lata ma już za sobą, utwory również, gdyż "niegdyś zwróciły na nią uwagę świata, bo zachwycała w nich możliwościami i siłą głosu" cokolwiek śmieszne jest, żeby nie powiedzieć żałosne. Abstrahując już od pieniędzy, jakie zarabia, od popularności wydawanych przez nią płyt i od tego, że to na nią zwraca się uwagę, a nie "ona zwraca" - głosowi Whitney nawet największy krytyk niewiele mógłby zarzucić. Także w Operze Leśnej. Mimo, że nie śpiewała "pełną parą". Zresztą - musiałaby chyba porządnie upaść na głowę, żeby to zrobić!

Oczywiste jest bowiem, że co innego kilku - czy kilkunastominutowy występ np. na ceremonii wręczania nagród, gdzie można "iść na całość", a co innego dwugodzinny koncert podczas światowej trasy koncertowej, gdy wysiłek trzeba "rozłożyć", żeby nie przeforsować głosu już na początku tourne.

Również różnica między nagraniem studyjnym, a wykonaniem "na żywo" jest logiczna i zrozumiała. Dlaczego - nie muszę chyba tłumaczyć. Inna sprawa, że u Whitney nie jest ona wcale tak kolosalna, jak u paru innych, którzy funkcjonują tylko dzięki współczesnej technice. Ponadto - jeśli ktoś tylko chciał, to zauważył kilka innych, bardzo interesujących i ciekawych elementów tego występu.

Ale pan Tomasz najwyraźniej nie chciał. Więc nie zauważył ani niesamowitej muzykalności, ani ciekawej barwy, ani rzadko spotykanej siły, ani improwizacji, ani nawet ciekawych rozwiązaniach aranżacyjnych. Generalnie - PROFESJONALIZMU. Jeśli zaś chodzi o "quazi-improwizacyjne mamrotanie i długie manieryczne pauzy" oraz "podmęczony głos"...

No, cóż... jak ktoś chce tak, jak na płycie, to niech sobie ją kupi i posłucha, w końcu od tego jest płyta. Albo niech wybierze się na jakiś recital z playbacku. Tylko niech się potem nie czepia, jak mu zrobią taki numer, jak z Iglesiasem.

Inna sprawa, że życzyłbym sobie, żeby tak "podmęczony głos" i tak "długie manieryczne pauzy" oraz takie "mamrotanie" było charakterystyczne dla większości polskich artystów. I to w czasie, gdy ich głos jest w szczytowej formie.

Co się zaś tyczy niektórych quazi-felietonistów... Pan Tomasz może i był w szczytowej formie, ale... skoro Whitney "mamrotała", to zastanawiam się jak nazwać to, czym on nas uraczył? I wcale nie chodzi mi o jego tzw. "wrażenia", bo każdy ma prawo do swoich. Prywatnych i osobistych. On też. Gorzej, że podstawą tychże są... ewidentne bzdury, które wypisuje. Ot, choćby: "Whitney unikała swoich największych przebojów" lub "gdy już zdecydowała wreszcie zaśpiewać kawałek przeboju [...] nie wszyscy widzowie zorientowali się, iż śpiewa ich ulubioną piosenkę".

Primo - i tych dużych, i tych największych przebojów w amfiteatrze na pewno nie brakowało. A jeśli za kryterium przynależności do tej grupy przyjąć popularność i "rozpoznawalność" piosenki, jej pozycje na listach przebojów, ilość sprzedanych egzemplarzy czy nagrody za nią otrzymane, to mnie udało się usłyszeć ich sporo. Na przykład : "How Will I Know" (2 tygodnie na pierwszym miejscu w USA, nagroda MTV za najlepsze video), "I Wanna Dance With Somebody (Who Loves Me)" (zadebiutowała na pierwszym miejscu amerykańskiej listy przebojów i pozostawała tam przez 2 tygodnie, w Anglii też przez 2 tygodnie "na szczycie", ponadto nagroda Grammy za jej wykonanie), "Heartbreak Hotel" ("numer 1" klubowych list przebojów) czy "Exhale (Shoop, Shoop)" - nie dość, że najwyższa pozycja na amerykańskiej i nagroda Soul Train, to jeszcze rekordzistka, jeśli chodzi o ilość tygodni na drugiej pozycji - 11!

Oprócz tego bardzo popularna "It's Not Right But It's Okay" (nagroda Grammy za "najlepsze kobiece wykonanie piosenki rythm&blues'owej" - zresztą po raz pierwszy gwiazda otrzymała tę statuetkę w kategorii R&B) czy "I'm Every Woman" - od kilku lat niejako "wizytówka" artystki, z nią bardziej kojarzona, niż z pierwszą wykonawczynią, Chaką Khan. No, i - jeden z największych przebojów 1999 roku, zwłaszcza w Europie, w tym również w Polsce - "My Love Is Your Love" (nagroda MTV Europe dla najlepszego artysty R&B, przyznawana przez widzów).

Te właśnie utwory (i kilka innych, zaśpiewanych we fragmencie, w ramach tzw. "love medley") oraz mega - hit "I Will Always Love You" (na pierwszych miejscach list przebojów na całym świecie, w tym 14 tygodni w Stanach, 10 w Anglii, nagrody : Grammy, AM, Billboord, Światowe NM - to oczywiście te najważniejsze) "sprzedały się" na całym świecie w ilości prawie 35 mln egzemplarzy.

Okazuje się więc, że to "omijanie przebojów" jakoś tak niekoniecznie prawdą jest... No, chyba, że panu Raczkowi brakowało "I'm Your Baby Tonight"! Nic straconego. Polecam odwiedzić gejowskie kluby w Londynie! Od jakiegoś czasu Dronez Mix tego utworu jest tam najpopularniejszym tanecznym utworem.

Secundo - jeśli chodzi o "I Will...", którego "kawałek", podobno, zaśpiewała - najwyraźniej sprawdza się moje przypuszczenie, iż pan Tomasz nie oglądał tego występu zbyt dokładnie. (A może w ogóle oglądał coś innego i mu się pomyliło?) Whitney zaśpiewała bowiem ten utwór w całości. Nawet mogę panu R. przesłać jego tekst, jeśli nie zna, nie ma, bądź nie potrafi znaleźć. Niech sobie porówna z tym, co wykonane zostało podczas koncertu. I niech jeszcze obejrzy kilka innych wykonań. Może zrozumie, o co tak naprawdę chodzi.

Co się zaś tyczy reakcji publiczności - może i nie wszyscy się zorientowali (np. pan Tomasz), ale to już ich wina. Większość zareagowała bowiem oklaskami i kilkoma innymi dźwiękami. Podobną reakcję wywołała piosenka "It Hurts Like Hell", nie pochodząca przecież z repertuaru Whitney (śpiewa ją bowiem Aretha Franklin, na ścieżce dźwiękowej filmu "Waithing To Exhale"). Wychodzi więc trochę na to, że zachowanie publiczności niekoniecznie musi mieć coś wspólnego z "rozpoznaniem" czy "nie-rozpoznaniem" utworu.

W obliczu tych "rewelacji", opinia, że "Nie w niej pasji, żaru, blasku, osobowości, poczucia humoru. Jest smutna i drętwa" (Whitney, rzecz jasna) jest już drobiazgiem. Inna sprawa, że z tym poczuciem humoru to różnie bywa. Może po prostu pan Tomasz nieco inne ma...? I czy ktoś mu tego zabrania? Chyba nie. Podobnie, jak nie zabrania mu wyrażania własnych opinii. Tylko, że między opinią, a faktem zasadnicza różnica jest.

I nawet jeśli występ Whitney nie był arcydziełem "sztuki scenicznej" i wielu osobom mogła nie podobać się jego "oprawa" (z nieszczęsnymi dżinsami na czele!), to nie był to koncert zły. A na pewno nie taki, jak przedstawił go pan Raczek. Powiedziałbym - "IT'S NOT RIGHT BUT IT'S OKAY". Z naciskiem na "OKAY". Co wcale nie zmienia faktu, iż najważniejszy element całego tego "zamieszania", to, co najistotniejsze dla śpiewającego artysty i jego wielbicieli - mianowicie GŁOS - sprawował sie bez zarzutu.

A propos głosu i stroju... Jakoś nikt nie lamentuje, gdy co poniektóre "gwiazdeczki" wpadają na scenę i demonstrują największy fałsz, pisk i wrzask wszechczasów. Czyżby dlatego, że "fajosko" ubrane są i trochę się powyginają? Chyba jednak nie o to w tym wszystkim chodzi...

I Whitney naprawdę nie musi "odwracać uwagi słuchaczy popisami gibkiego baletu" (że znowu zacytuję) ani wymyślnymi kreacjami. Bo niby od czego ma ją odwracać?!

Co się zaś tyczy "prywatnego ubrania" - rozumiem, że panu Tomaszowi chodziło o takie, w którym chodzi się na co dzień. Zazdroszczę mu! Bo na co dzień ubiera się w ciuchy Dolce&Gabbana, specjalnie dla niego szyte, za które na dodatek nie musi płacić... Też bym tak chciał!

Na zakończenie dodam jeszcze, że w jednym zgadzam się z Tomaszem Raczkiem całkowicie - dobrze zrozumiał, że "jej ubezpieczony głos znalazł sie w niebezpieczeństwie". Po pierwsze - to narzędzie pracy artystki, po drugie - zdaje się, że i w kontrakcie, i w umowie z firmą ubezpieczającą głos, znajduje się informacja, iż gwiazda NIE śpiewa, gdy temperatura otoczenia jest niższa niż 19°C. W Sopocie była niższa. A jednak Whitney zaśpiewała. Dziwić się więc, że starała się go chronić?

A przy okazji - suma ubezpieczenia jest tak wysoka, że gdyby bodaj najniższa z wymienianych przez różne źródła kwot była prawdziwa i gdyby 1% tej kwoty przypadł w udziale Szanownemu Panu Redaktorowi, ten nie musiałby już do końca życia pracować. I może byłoby to nawet lepsze...? Bo my nie musielibyśmy wtedy czytać różnych, nie do końca prawdziwych, za to chwilami "śmiesznych" opowieści. No, chyba, że pan Tomasz Raczek " ma do spełnienia misję".

P.S. Przy okazji - "Bobi Kristina" się inaczej pisze ! Ale może to tylko "chochlik drukarski"...?